co za niefart.

są takie dni, że co za niefart. ale dziś do nich nie należało. bardziej wczoraj, kiedy pierwszy raz od dawien dawna wyszłam spotkać się w mieście z koleżankami na 3 godziny i po pierwsze – po całym dniu zabawy z dziećmi, podróży z nimi i targaniu ich tam i nazad na podwórku, okazało się, że zapomniałam kosmetyczki i koszulki na zmianę, a po drugie – pół godziny z tych trzech godzin zajęło mi znalezienie czynnego bankomatu. wszystko zganiłam na czarnego kota, który przebiegł, a w którego nie wierzę. 

dziś było natomiast fenomenalne, przebieżka z dwójką dzieci po galerii handlowej, by kupić jakiś ciuch na przyszłopiątkowe wyjście. okazało się jednakowoż, że nie ma ładnych spódnic na mnie, nie ma nawet brzydkich. tak więc kupiłam sukienkę i albo zagłodzę młodsze dziecko, albo – jeśli przyjdzie mi jednak karmić – będę stać/ siedzieć/ leżeć z sukienką zadartą pod szyję, w samych rajtach. w kościele. trudno. bóg mi pewno wybaczy, gorzej z dewotami.

ale sukienkę jednak kupiłam, do tego jest bardzo ładna, więc nie mam na co narzekać. mąż zrobił był pyszny obiad, dzieciątka spały, cud, miód i orzeszki. w ferworze postanowiłam upiec chleb, no i stało się.

stłukłam na kafelkach całą butelkę oliwy.

co za niefart.

pierwsza myśl. rozpłakać się i uciec. ale nie mogłam, bo to właśnie robiło moje starsze dziecko.

druga myśl. stłuc w to samo miejsce butelkę płynu do mycia naczyń, zostawić na noc i czekać co się wydarzy, jeśli nic – rozpłakać się i uciec. ale nie mogłam, bo płyn do mycia naczyń jest w plastikowych butelkach.

trzecia myśl. pozbierać szkło i umyć podłogę. dopiero mi się zachciało płakać i uciekać. ale zmierzyłam się z tym.

nie powiem, że podłoga lśni, bo lśniła właśnie wtedy, jak rozcierałam po niej oliwę. ale dawno nie było tak posprzątane. umyłam podłogę tryliard razy, a jak już się tarzałam na parterze, to zauważyłam, że szafki też wymagają magicznego dotknięcia szmatą, tak więc omiatałam dobytek, w jakimś amoku. umyłam wszystko. cały świat umyłam, taka byłam! jutro ubieram choinkę, gotuję dwanaście potraw i jemy. 

z podłogi.

Showing 5 comments
  • Odpowiedz

    Właściwie do grudnia laba. Wszystko lśni!

  • Ola
    Odpowiedz

    wow! no ja też dzisiaj omiatałam dobytek… od rana, bo przed imprezą trzeba, potem zjechała liczna rodzina sztuk 11 plus 7 dzieci. czyli jakby w sumie jeśli chodzi o brudzenie to 25 sztuk, no więc po ich wyjeżdzie znowu omiatałam… powodzenia jeśli chodzi o karmienie w kiecce, he he he

  • CiotkaKlotka
    Odpowiedz

    Dobry sposób na karmienie dziecka w kościele to ściągnięty wcześniej pokarm 🙂 Jak dla mnie niezła wygoda i można sukienkę ubrać 🙂 Wypróbowałam i polecam 😉

    • Mamma Izzy
      Odpowiedz

      Owszem dobry pod warunkiem, że dzieć pociągnie z urządzenia innego niż cyc maminy. Moja mała ma natychmiastowy odruch wymiotny jak tylko poczuje w ustach smoka, a karmić łyżeczką nie mam cierpliwości, więc już bym wolała jednak zadrzeć tę kiecę. 🙂

      Też ostatnio roztrzaskałam butlę, tyle że płynu z orzechów piorących..tak się podłoga spieniła, że nie szło jej odpienić…

  • sia
    Odpowiedz

    No i proszę a wszystko wskazywało na burzę gradową…
    Jakie to szczęście, że właśnie ta butelka się zbiła i w ten dzień, bo dzięki niej wszystko lśni…
    Pozdrawiam
    http://eksperyment-przemijania.blog.onet.pl/
    http://kadrowane.bloog.pl/

Leave a Comment

Start typing and press Enter to search