zespół tourette’a.

mam przyjaciółki. o niektórych pisałam. nie jest ich wiele, ale, cytując bałtroczyka, są jak włosy: jak są ładne, to nie musi być ich, kurwa, dużo. no i takie są. cenię sobie przyjaźnie na zawsze. wiem, że nic nie jest na zawsze, ale ja akurat tak mam, że mam przyjaciółki na zawsze. zdarza się, że nie dzwonimy, nie piszemy, wyślemy sobie kartkę na święta, a potem nagle się widzimy, więcej, jedziemy razem na wakacje, okazuje się, że w międzyczasie przypadkiem (!) urodziłyśmy nowe dzieci, ale to nic, bo gadamy jak kiedyś, nie pijemy alkoholu, jak kiedyś, bo ktoś się kręgosłupem moralnym tych dzieci musi, do cholery, zająć, żeby nie wyrosły z nich takie fiu-bździu, jak my. to mają być porządni obywatele, co wiedzą na jakie studia chcą iść, co zrobią zawodowe, albo inne, kariery, a potem podziękują matkom za tę drogę i całując je w pięty, zabiorą na wakcje i przyniosą piwko z baru ol inkluziw. tak będzie, na pewno. 

tymczasem niedawno rozmawiamy sobie z przyjaciółką przez telefon, z powodu takiego, iż wysłałam jej mms (nie, to nie ten cukierek, co kłamie, że rozpuszcza się w ustach, a nie w dłoni), w którym moja młodsza córka zoja (8 miesięcy) leży na grającym piesku naparzając go całym swoim siedmioipółkilowym ciałkiem, żeby dźwięk wydobywał, identycznie jak jej młodszy synek jaś (wówczas ośmiomiesięczny) w zeszłe nasze wspólne wakacje z błyskotliwym komentarzem, że mam deja vu (nie, to nie ten szybki pociąg z francji). jak nie zrozumieliście ostatniego zdania, to mogę prościej. zoja leży na piesku. jak jasiek w zeszłe wakacje. cyk – fota. wyślij. proste, co? zbyt proste. no ale dalej.

mama jasia (i oliwki) dzwoni. rozmawiamy. rozmawiamy długo i szczęśliwie. obgadujemy swoje dzieci, swoje wspólne przyjaciółki, swoje życia, swoje prace, siebie. chichramy się, wzruszamy, przyjaźnimy. nasze dzieci biegają obok nas, chcą z nami rozmawiać nawzajem, chcą jeść, pić, siku, czytać, pisać, rysować, zakładać księżniczkowe sukienki, bawić się w chowanego, ganiać, żyć. ponieważ mama jasia  (i oliwki) jest doskonałą komentatorką rzeczywistości, mówi do mnie:

– a ty, widzę, też masz zespół tourette’a.

– co? – przeraziłam się.

– matki chorują na zespół tourette’a.

– co?! – nic nie czaję. moje doświadczenia medyczne są przerażające. poleciałam w kosmos i wróciłam. baby blues, depresja, wycieńczenie – to znam, ale jeszcze zespół tourette’a? jak??

– no gadasz z kimś niby normalnie i co chwilę pokrzykujesz: zejdź! nie skacz! puść to! zostaw! w środku zdania.

zdechłam. tak. mam zespół tourette’a. a nawet dwa. trzyletni i ośmiomiesięczny. tylko do moich pokrzykiwań: „chodź tu!”, „puść to!”, „zostaw!” regularnie dorzucam: „kocham!”.

Showing 18 comments
  • kamelia
    Odpowiedz

    Ja na razie mam jeden, drugi w drodze 🙂

    • matkojedyna
      Odpowiedz

      ja nie wiem czy gratulować 😉 ale, w sumie, dlaczego ktoś ma mieć łatwiej niż ja?

    • Wiola Respondek
      Odpowiedz

      Pozdrawiam – mam zespół tourette'a – nawet trzy 🙂 trzyletni i 2x trzynastomiesięczny

  • Jolka J
    Odpowiedz

    a ja dorzucam: kocham Cię! genialny wpis 🙂
    ostatnio zastanawiałam się czy podstawowych komunikatów nie nagrać na jakiś nośnik i w zależności od potrzeb włączać następująco: 'uważaj', 'nie jedz tego', 'wypluj to', 'spadniesz', 'mówiłam, że spadniesz' 😉
    pozostałe czułości wyrażę osobiście…

  • Mama Kangurzyca
    Odpowiedz

    Hahaha, no tak 😀

  • Niezaradna
    Odpowiedz

    Hmm… To już przynajmniej wiem, jak jeden ze swych zespołów nazwać. Dzięki.

    Teraz – spiętrzyć go tylko do potęgi. I – o, to to to. Dziękuję, dziękuję. Za chwilę na niemyślenie o.

  • Elzbieta Bochnak
    Odpowiedz

    Też mam 🙂 i kocham 😉

  • olacom
    Odpowiedz

    wow, to chyba wszystkie mamy tak mamy ;-)))

  • agata zofia
    Odpowiedz

    bomba, nie jestem sama z moją przypadłościa… hehe colonialharbour.blogspot.com

  • Asia
    Odpowiedz

    Mam i ja 😉 pozdrawiam serdecznie

  • ewcia
    Odpowiedz

    Usmialam sie matko jedyna bo przypomnialam sobie dzisiejsza rozmowe z kolezanka ktora rowniez posiada potomstwo 4 miesiace mlodsze od mojego.Nasza rozmowa wygladala podobnie>podczas gdy ja cos mowilam slyszalam w sluchawce "zostaw,nie ruszaj.uwazaj,przewrocisz to,zamknij ta szafke"Gdy ja zostalam dopuszczona do glosu role sie odwrocily:)Do tej pory nie pamietam o czym tak w ogole rozmawialysmy….

  • Jiga
    Odpowiedz

    Tak owy zespół posiada chyba każda matka … a jak nie to chętnie ją poznam 😉 Gdy moje dziecię było mniejsze niż obecne lat 5,5 na dźwięk telefonu w pośpiechu , w amoku , na gwałt wynajdowałam mu jakieś zajęcie .Teraz już nie na gwałt ale też staram się na ten moment dłuższy czy mniej długi zorganizować mu czas jakimś zajęciem .

  • ewcia
    Odpowiedz

    ja mam pod reka zawsze ze 2-3 stare telefony na dzwiek mojego lece tak ze malo nog nie połame zeby tyllo zdazyc wcisnac ktorys synkowi wtedy moge spokojnie porozmawiac

  • Gosia Skrajna
    Odpowiedz

    Aaaaa to tak "to" się nazywa? A Ja myślałam, że mam po prostu podzielność uwagi, hehe

  • Joah Ali
    Odpowiedz

    Haha :3 Kocham tu wracać ;] Świetne posty 😀

  • Katarzyna Lipińska
    Odpowiedz

    Wraz z rozwojem mojego 7-miesięczniaka, który – litości! – wstaje, rozwinęła się i u mnie ta "choroba" 😉

  • Kasia_S
    Odpowiedz

    Hmmm w sumie to nie wiem co myslec. Niby wpis satyryczne, ale jednak kole w oczy matke z ZT. Tym prawdziwym, leczony ciezka altyleria lekow, ktore gowno daja poza zludna nadzieja i niewydolnoscia watroby.
    Szczerze nie zycze nikomu zycia z ZT, bo nie ma w tym nic smiesznego, tzn jest jak po 20 latach wypracuje sie postawe 'miej wyje**ne, a bedzie Ci dane', z tym ze czlek 'normalny' tego nie ogarnie.

    • matkojedyna
      Odpowiedz

      a ja powiem tak. najbardziej śmieję się z tego, co boli. pomaga mi przetrwać. współczuję choroby, ale czytam, że masz dzieci. ekstra. sami zmagamy i smagamy się z czymś trudnym. to nie znaczy, że się z tego nie śmiejemy.
      zdrowia.

Leave a Comment

Start typing and press Enter to search