dzik w tajemniczym ogrodzie.

to jest wszystko bardzo dziwne, bardzo bardzo dziwne, bardzo dziwne, bardzo bardzo bardzo dziwne, jak śpiewał artur andrus.

albowiem jakoś się budzę do życia, jakoś wstaję, jakoś funkcjonuję i to nawet radośnie, ale ostatni czas absolutnie w ogóle ani trochę radosny nie był. nie wiedzieć czemu.

ja bym chciała wyjść na dwór i mieć wesołą przygodę, śmiać się w głos i wyciągać ramiona do padającego deszczu i cieszyć się nim, ach cieszyć.

ale ja biegnę w deszczu, któren mi wpada do ryja, dławi mnie, ale przynajmniej – jak śpiewają diskopolowcy – nie widać że płaczę.

to jest wszystko bardzo dziwne, bo ja w ostatnim czasie to się pierwszy raz w życiu zrzygałam z nerwów. może drugi, bo pierwszy to przy porodzie z nerwów i z bólu, ale teraz nie wydawałam z siebie żadnego owocu żywota mojego typu dziecko.

biegnę po osiedlu i naprawdę pada mi na łeb. póki co deszcz, nic z dziedziny psychologii oraz psychiatrii jeszcze. i cieszę się trochę do tego deszczu i chcę myśleć, że to fajna przygoda, zza firanek widzę współczujące spojrzenia sąsiadów i bardzo bym chciała pomyśleć, że hej, ja szczęśliwa biegnę w deszczu, śmieję się i czerpię z życia garściami i kto tu kogo powinien żałować. i że może jesteście w ciepłych domach i patrzycie na mnie z politowaniem, ale to właśnie ja, ja jestem szczęśliwa! i myślę to nawet przez chwilę, a potem normalnie z powrotem płaczę w tym deszczu jak zwykle.

i rozciągam się po bieganiu, patrzę w niebo, tracę równowagę i próbuję się ucieszyć, że ej, równowagę to zawsze traciłam, wyjebka na twarz bez gracji to moja specjalność, ale pierwszy raz w życiu wyjebuję się od patrzenia na chmury! to jest cudowne! i w ryk.

do dupy jest. i cudownie jest.

z całych sił chcę dobrze. chcę nie narzekać. ani na lato, ani na to, że się kończy, ani na zimno, ani na ciepło. ani na to, że jest tak, a nie inaczej. chcę się cieszyć tym, że miałam z czego porobić przelewy. że pustka na koncie jest stąd, że kupiłam bilet na samolot na przygodę.

tylko, że zanim tamta przygoda, to tu jeszcze jedna i to całkiem spora – trzeba przeżyć.

wkładam ołówek w usta, w poprzek, to moja drewniana imitacja radości. proteza uśmiechu.

przez niemal czterdzieści lat pielęgnuję swój wewnętrzny ogródek, plewię chwasty, wyrywam z korzonkami to, czego w mojej głowie nie powinno być, sadzę w duszy kwiaty, choć nie znoszę pracy w ogrodzie. układam sobie w sobie ścieżynki wśród darni, strzygę trawniki kosmatych myśli. stawiam głupawego krasnala, żeby przypominał mi o mnie samej. adoptuję obtłuczone gliniane gąski, których nikt nie chce, sadzę w nich dobro, podlewam troską i czekam, aż wyrośnie wiara w siebie.

wykopałam studnię i dbam, żeby płynęła we mnie żywa woda. czysta i zimna. układam kamyki, żeby po ciemku trafić na swój własny, zadbany, idealny wewnętrzny taras. kosztowało i kosztuje mnie to wiele pracy, niejeden raz pozwoliłam, by ktoś wydłubał we mnie dziurę i zarzucił mnie gównem myśląc, że nawozi.

wiele lat wywoziłam z siebie nieurodzajna glinę i ubijałam żmudnie dobre myśli bez wiary, aż pogniły i zrobił się z nich humus. na szczycie tej góry gnoju stoję ja i myślę, że może i nogami w szlamie, ale głową przecież ocieram się o niebo.

i kiedy już mam taki bezpieczny tajemniczy ogród w środku mnie samej, wpada dzik i ryje.

napierdala twardym nosem, rwie i szarpie moje lata pracy. drę mordę, przeganiam, ale on tylko zmienia miejsce. buchtuje tam, gdzie nie miał prawa wcześniej być. podważa moje wszystko. godność, poczucie bezpieczeństwa, mój piękny, równiutki zieloniutki trawnik. bez litości.

teraz dopiero chce mi się płakać. dzik narobił syfu, narozrzucał błota, zniszczył wszystko, co mnie tyle kosztowało i poszedł.

i kiedy rzucam się na kolana układać na równo z powrotem kępy trawy, kiedy znów płaczę wiedząc, że to niemożliwe, żeby było jak kiedyś, kiedy płaczę nad latami swojej zmarnowanej pracy i myślę co takiego znowu zrobiłam nie tak, kiedy klęczę z głową wbitą w ziemistą czarną czerń, miga mi maluteńka błyszcząca myśl.

ten dzik może i rozjebał wszystko, co przez czterdzieści lat nasiałam, ale.

znalazł truflę.
odkopał diament.

to ja.

Komentarzy
  • Evi
    Odpowiedz

    Każdy Twój wpis budzi mój zachwyt. Jak ona pisze – za każdym razem chcę zakrzyknąć.
    O sobie, ale i o mnie też.
    "do dupy jest. i cudownie jest." – o, to, to!!!

  • Marta
    Odpowiedz

    Dziękuję

  • I matylda
    Odpowiedz

    No tak, typowa proza zycia…
    Tylko naprawde ciekawi mnie kim jest ten dziki dzik i co zrobil….ze az potrzebowalas napisac o nim.

  • Ala Bury
    Odpowiedz

    Pozdrawiam ciepło diamond girl 😁

  • Justyna Jasik
    Odpowiedz

    Ładne bardzo teksty Twoje.

  • Justine
    Odpowiedz

    Chciałabym Cię kiedyś w końcu spotkać i tak mocno, mocno wyprzytulać smile

  • Grazyna Talebe
    Odpowiedz

    Jest tak,jest!!! Tylko, że Ty umiesz to ująć w słowa smile

  • Agnieszka Sylwia Wika
    Odpowiedz

    Przeczytałam ten tekst i… po prostu zachyciłam się nim i Tobą jesteś świetna. A przygoda z Twoimi przemyśleniami zaczęła się tak niewinnie od reklamy "niepierdol".
    P.s. koleżanka (moja) chetnie by spróbowała myślę że nie tylko ona

Zostaw komentarz

Start typing and press Enter to search