tak się żyje!

od dostawania niespodzianek lepsze jest tylko robienie niespodzianek. co szczerze uwielbiam. jedno i drugie, choć z braniem, jak wiadomo, mam kłopot. chyba, że chodzi o branie na klatę zbyt wiele, wtedy jakoś nie umiem się oprzeć i biorę, biorę, biorę, aż klata wklęśnieje jeszcze bardziej, choć to z medycznego, fizycznego, psychicznego i w ogóle jakiegokolwiek innego punktu widzenia teoretycznie jest niemożliwe. a jednak. tadam.

kwiecień. siedzimy w meksyku w restauracji, choć to chyba zbyt szumne słowo, na dworze. na malekonie, promenadzie takiej ichniejszej, w la paz. dwa na maksa kolorowe, mimo że na maksa obdrapane stoliki, jeden pan, który gotuje, sprząta, robi drinki, nalewa, przelewa, wyciera, ugniata, piecze i się uśmiecha. chce się dogadać, my też. dos wegetarianos por fawor. jesteśmy w tym kraju półtora dnia. słońce zaznaczyło nas na nosach i karkach, że niby już jesteśmy jego. cały niespieszny meksyk, którego hymnem powinno być śpiewane w kółko „maniana” na przemian z „mohito popito” odciska na naszych polskich umysłach swoje leniwe piętno. siedzimy albowiem już, do chuja, z piętnaście minut, a pan nie ugotował, nie przyniósł, nie nalał, nie podał. „tracimy czas” mówię, na co słyszę słoneczne i uśmiechnięte, wyważone i spokojne „właśnie zyskujemy czas”. no tak. indianie mówią: „wy macie zegarki, my mamy czas”. ile w tym prawdy. siedzimy więc luzując już nieco łydy nadal na malekonie w la paz, podziwiamy jak można nosić kozaki i dżinsy w trzydziestu stopniach, ale w końcu u nich zima i to raczej my jesteśmy jebnięci, że zimą wchodzimy do morza, ale w sumie część z nas morsuje, więc trochę jakby nie do końca nienormalni.

wtem zjawia się koleś z gitarą i chce nam śpiewać. nasza polska mentalność nakazuje wiązać buty, mimo że mamy na nogach japonki, natychmiast grzebać w telefonie, mimo że nie mamy zasięgu, a co odważniejszym z nas kręcić głową na boki, że dziękujemy, ale nie, bo trzeba będzie panu dać jakieś pesosy, a jeszcze nie wiemy jak to się w ogóle przelicza, bo na razie dzielimy na cztery i dodajemy troszkę. kiedy już – już mam zgromić pana najgorszym z posiadanych wzroków mówiącym „dzięki, stary, ale nie”, słyszę gromkie: „tak, tak, graj!” i gestem zaproszenie, by koleś z gitarą dał upust swojemu talentowi oraz bystry komentarz: „a kiedy ktoś następnym razem będzie nam w meksyku śpiewał i grał na gitarze?”.

jeb. jeb w łeb.

jakie to proste i jakie ładne. jakie otwarte. jakie radosne i jakie czyste w intencjach. oba kluczowe zdania padły z ust jednej osoby. waldka. kapitana. człowieka, którego poznałam pół dnia wcześniej na lotnisku, a któremu za chwilę miałam powierzyć swoje życie. i już wiedziałam, że to będzie dobry czas.

następnego dnia rano poszłam z nim pobiegać, choć wcześniej nie biegałam. później okazało się, że on sobie jeszcze codziennie wyskakiwał z katamaranu i pływał w głąb morza, ja wiem, z kilometr, bo, uwaga, za trzy miesiące bierze udział w triatlonie. i nie byłoby w tym nic dziwnego ani zaskakującego, gdyby nie fakt, że koleś ów ma sześćdziesiąt lat, a rowerem nauczył się jeździć przed chwilą, albowiem, jak sam powiada, za jego czasów na komunię dostawało się – góra – zegarek.

patrzyliśmy na to wszyscy z podziwem i już w samolocie powrotnym z meksyku ustaliliśmy całą bandą, że przyjedziemy w tajemnicy mu w tym triatlonie kibicować, a niech no się tylko kto wygada. w niedzielny lipcowy poranek zaś tłumnie przybyliśmy wesprzeć naszego kapitana i jego syna, który ma w genach to samo miłe szaleństwo zwane chęcią życia. mieliśmy transparent, uśmiechy i każdy po wiaderku wsparcia. niespodzianka. wzruszyliśmy obu, a także zdarliśmy sobie wszystkie gardła drąc ryje na przemian „waldek” i „eryk”. spoceni biegaliśmy za nimi jak poparzeni, znad jeziora, do strefy rowerów, aż do trasy biegowej. my, kibice, byliśmy rozemocjonowani chyba bardziej, niż zawodnicy.

byłam przerażona widząc setkę kolesi gotowych do startu oraz setkę kobiet już młócących wodę umięśnionymi rękami i nogami. spojrzałam na tych ludzi i pomyślałam „o w chuj. nigdy w życiu. przenigdy nie wezmę udziału w czymś takim. sklekszę się przed startem w piankę i zejdę na zawał jeszcze sucha”. trzy, dwa, jeden, ogień.

pierwszy etap z pływaniem miał niewiele wspólnego, albowiem polegał na okładaniu się po ryjach pięściami i kopaniu po tym, czym akurat ktoś ci wpłynął pod nogę. z cyklu sporty ekstremalne: kraul z cudzym kolanem w gardle. ojapierdolę. nawet jak się urodziłeś w wodzie, jak waldek, i jesteś trochę płaszczką, a trochę delfinem, no bo to jednak ssak, a trochę batyskafem, bo szybujesz sobie na różnych poziomach wody tak całkiem na luzaku, to to była miazga. ja to nawet w pewnym momencie w tym meksyku wypatrywałam u niego pod gaciami skrzeli, no bo było mu w sumie wszystko jedno czy oddycha tlenem z powietrza czy z wody. i jak ten człowiek – ryba wyszedł z jeziora nieżywy, choć tak mocno darliśmy mordy, że udawał, że nie, to pomyślałam, że nieważny wynik, niech on w ogóle przeżyje, bo mam jeszcze jakby parę pytań o sens życia albo kiedy mogę przyjechać na konie do niego.

rowerze odpocznie” skonkludowaliśmy idiotycznie, bo to nie była podróż składakiem do sklepu po browary, jak się skończą w środku imprezy, tylko dwadzieścia kilometrów w towarzystwie setki mężczyzn, którzy przed chwilą chcieli cię utopić ambicją w jeziorze. mimo to nadal darliśmy nasze piętnaście ryjów biegnąc do strefy zmian i trzymając się za ręce, chociaż te ręce drżały i były całkiem mokre, zupełnie jak moje oczy od samego pomyślenia, że mogłabym być tam w środku tej rzeźni.

o dziwo nasze słowa okazały się prorocze. kapitańciu bowiem – niekopany w nic – ożył.

krzyczeliśmy sercami. wspieraliśmy takoż. oraz patrzyliśmy czyniąc obserwacje (to znaczy na pewno ja z ojcem jedynym). oraz biegliśmy do strefy zmian, żeby dalej drzeć paszcze. tudzież robić zdjęcia. jeszcze tylko bieg. tylko. po pływaniu, rowerze, to już naprawdę pikuś. bagatela.

rozdygotana patrzyłam na umięśnione plecy, ramiona, łydki mężczyzn i kobiet. na ich wewnętrzne zwycięstwa. wdychałam szacunek do nich z każdym ich wydechem. tylu ludzi. silnych, wytrwałych, wytrzymałych, witalnych. żaden z nich przecież nie zdecydował się na to wczoraj na imieninach. „a wiesz co, helena, może ja jutro w triatlonie wezmę udział”. „a pewnie, weź. a ja dołożę serniczka”. bo to jest styl bycia. patrzyłam na dzielnych, niezależnie od wyniku, ludzi. na atletów psychicznych. na niewidomego mężczyznę, który startuje z żoną za rękę. na młodzież, która nie stoi za garażem i nie jara szlugów, tylko trenuje. na uśmiechy tych ludzi, na ich zmęczone, ale wygrane twarze. na sześćdziesięcioletniego waldka, który w swojej kategorii wygrał. wygrał!

już wtedy wiedziałam, że ja też.

że chcę to poczuć.
że i ja zwyciężę.
że i ja chcę przekroczyć tę granicę w głowie.
że ja.
ja.
ja!

i mimo, że dopiero uczę się pływać oraz nie mam roweru, wierzę, że za rok zwyciężę ze sobą i swoimi lękami.

za rok od dziś będę miała dokładnie czterdzieści lat. i nie chcę myśleć co za mną, ale ile jeszcze przede mną.

i za tę lekcję, za tę witalność, za tę radość życia, za to spojrzenie na świat, za tę siłę i za pokazanie, że zawsze można, za emocje na tym triatlonie, za refleksje, za wiarę w człowieka, ja ci, kapita(l)nie, dziękuję.

tak się żyje!

wszystkie zdjęcia zrobił mój niezwykle utalentowany nie tylko w tej dziedzinie mąż. dziękuję!

Komentarzy
  • I matylda
    Odpowiedz

    Ja tez ja tez wystapie za rok!I naucze sie oddychac pod woda!I pojade do Meksyku by poczuc czym jest czas….udowodnic ze jestesmy czyms wiecej niz nasze ego.xxx

  • Odpowiedz

    Ryczę od rana Matoko Jedyna. Po prostu. Bo ja nie wiem, czym jest czas – mam tylko zegarek. Dziękuję za wpis dający tyle do myślenia. Ja juz raz pokonałam samą siebie w lokalnym biegu w miasteczku. Mam medal za udział. Ja, która 3/4 życia spędziła na kanapie kilka lat temu "rozbiegałam się" tak, że postanowiłam spróbować te 5 km. Może dlatego teraz ryczę, bo przypomniały mi się tamte emocje i duma. Że nie zwiałam ze STARTU. Teraz jeszcze ten czas ogranąć… zamiast zegarka.

  • J.
    Odpowiedz

    Ja nie…

    Ale będę Ci kibicować z całych sił!!!

  • Listopadowa
    Odpowiedz

    Sto lat Matko!
    Ty potrafisz wycisnąć łzę wzruszenia jak nikt innysmile

  • Agnieszka Jurgielewicz
    Odpowiedz

    I ja znajdę SWÓJ czas. I będzie cudownie. Przytulam Cię ��

    • matkojedyna
      Odpowiedz

      życzę ci tego z całej siły. mnie to zajęło długo, ale już się nie odpuszczę.

  • Agnieszka Jurgielewicz
    Odpowiedz

    I ja znajdę SWÓJ czas. I będzie cudownie. Przytulam Cię ��

  • Sylwia
    Odpowiedz

    Matko jedyna.. 5 lat temu, gdy pierwszy dzieć miał 3 miesiące, a ja 30 lat założyłam pierwszy raz buty do biegania. I powiedziałam – przebiegnę maraton. Bo choć kocham dziecia ponad życie, nie mogłam i nie chciałam być tylko "matką". I tak 4 razy w tygodniu przez 10 miesięcy trenowałam. Raz lepiej, raz gorzej, ale działałam. Gdy inni zakładali pidżamy, ja zakładałam buty do biegania. Kiedy inni siedzieli na piwie, ja człapałam 30 km wybiegania mając obok kolegę małżonka na rowerze wraz z dzieciem, którzy dawali prowiant i wodę.
    Po 10 miesiącach stanęłam na starcie i na mecie po przebiegnięciu 42 km 195 metrów. Zrobiłam to w niecałe 5 godzin. To było jedno z najbardziej niesamowitych przeżyć w moim życiu. I gdy ktos mnie pyta co było najtrudniejsze w maratonie to zawsze odpowiadam – że przebiegnięcie jego nie jest najtrudniejsze. Najtrudniejsza jest konsekwencja w przygotowaniach. Bo to nie jest coś (tak jak triathlon) co zrobić z dnia na dzień. Owszem są tacy wariaci, ale ja tego totalnie nie popieram.
    Maraton udowodnił mi samej przede wszystkim, że mogę, że potrafię wszystko jeśli tylko będę tego chciała i będę konsekwentna w postanowieniu.
    Dlatego też 5 lat później na mojej ręce pojawił się napis – "Bo wytrwać to jak wygrać…". ściskam Cię Matko.

  • I matylda
    Odpowiedz

    Juz pukam do Twych drzwi…otworz prosze.

  • Ola
    Odpowiedz

    Trzymam kciuki z całych sił! #ciary

  • Grazyna Talebe
    Odpowiedz

    Jakoś id początku tego posta wiedziałam co będzie na końcu 😛

  • monika szymczak
    Odpowiedz

    Matko jedyna, będę trzymała kciuki rok cały smile
    Teraz siedzę na śniadaniu i rechoczę na głos, tylko niewiem dlaczego patrzą na mnie jak na wariata ?!
    Uwielbiam :*

  • Unknown
    Odpowiedz

    Wzruszające i motywujące. Dobrego dnia życzę smile

  • asterisque
    Odpowiedz

    Plan na życie – bardzo dobry smile
    Tylko nie ilustruj takimi zdjęciami, które wyglądają jak świeżo wyplute ze skanera – same szarości, bez bieli… są dobre, ale trzeba byłoby je wywołać – znaleźć biele, czernie, wyprostować…

  • Rosarium
    Odpowiedz

    a ja się ze szczęścia poryczałam z posmarkaniem !takie piękne to jest!

  • Barbara Pietrowska
    Odpowiedz

    Oooo możesz matkojedyna razem z moją córcią świeczki na torcie dmuchać ☺ tzn u nas dopiero 1sza. Oby Ona byla tak zdeterminowana i otwarta jak Ty!!!!

  • Barbara Pietrowska
    Odpowiedz

    Oooo możesz matkojedyna razem z moją córcią świeczki na torcie dmuchać 😆 tzn u nas dopiero 1sza. Oby Ona byla tak zdeterminowana i otwarta jak Ty!!!!

  • Evi
    Odpowiedz

    I ja bym chciała stać przy tej trasie i drzeć się jak dzika. Będziemy wspierać z całych sił! smile

  • Unknown
    Odpowiedz

    Matko, życzę Ci tej radości z życia! smilesmilesmile
    Nawet nie wiesz, jaka jesteś silna i ile siły dajesz innym.
    Czytam Cię od dawna i bardzo często trafiasz w moje czułe punkty. Ja- mega wrażliwiec, z lękami i strachami, biorąca na swoją drobną klatę zawsze za dużo. A przyjmowanie od kogoś to zawsze było wyzwanie.
    Wiem, co to znaczy, że życie tak boli, że jedynym pragnieniem jest przestać czuć. Już wiem, ze to „tylko” depresja. I znów cieszę się życiem, postanowiłam, że to wypracuję i znów czuję radość. Coraz częściej.
    Postanowiłam też, że uwierzę w siebie. Pokocham. I tego z całego serca Ci życzę, że przekroczysz tą granicę, że zobaczysz jaka jesteś silna i mądra.
    Ja też za rok od dziś będę miała dokładnie 40 lat… smile

Zostaw komentarz

Start typing and press Enter to search